PETRYCHOR
Dryad
Wydawnictwo własne
|
Porażająca demówka, rozdawana w sieci przez niejakiego T., który mieszka gdzieś w Kalifornii i tworzy osobliwy jednoosobowy blackmetalowy projekt. Superszybkie blasty, przetykane gitarami, których nie powstydziłby się Iron & Wine. Leśny majestat i organiczny bezkres. Monumentalne jak Wolves In The Throne Room, ale bardziej intensywne, spastyczne i z undergroundowym pazurem. Do wygooglowania i ściągnięcia za darmo.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|
|

DELOREAN
Subiza
True Panther Sounds |
Nie, to nie jest pierwsza długogrająca płyta kolektywu z Barcelony. Niegdyś grali indie, teraz przerzucili się na brzmienie łączące synth pop, goeteborską scenę balearic (Tough Alliance, Air France), styl Animall Collective i muzykę dance. I choć zgadzam się, że zespół osiągnął swój szczyt artystyczny utworem „Seasun” z EPki „Ayrton Senna”, „Subiza” mnie nie rozczarowała. To słoneczna, nieco nostalgiczna i przestrzenna muzyka, zagrana z młodzieńczym entuzjazmem i urokiem. Tak brzmi beztroskie lato. Subiza Ibiza Baleary. Inaczej być nie może.
ANTEK REGULSKI |
|

CARIBOU
SWIM
Merge Records |
Dan Snaith ma doktorat z matematyki, jego stary jest profesorem tego samego junku na Uniwersytecie Sheffield, a jego siostra pracuje nad jakąś teorią chaosu kwantowego na Uniwersytecie Bristolskim. Nieźle co? Ale po co te informacje? No więc, jako wieloletni fan IDMu chciałbym, żebyście zrozumieli, że ogólnie to muzyka robiona przez nerdów, dla nerdów. Często, jak też np. w sztuce, mamy więcej teorii niż jakiejkolwiek treści lub duszy. Wmawia się odbiorcy, że jest zbyt głupi, by zrozumieć talent artysty. Ugh... Na szczęście, pomimo swojego gigantycznego mózgu, Caribou jest zarówno głęboki jak też przystępny. Wyobraźcie sobie, że Memory Tapes rucha Fourteta i wychodzi z tego dziecko. Takie wpadki lubimy. Pierwsza płyta mistrz, druga płyta mistrz. Dajesz, Dan!
MICHAŁ TORZECKI |
|

KUMKA OLIK
Podobno nie ma już Francji
Universal |
Podobno nie potrafią grać. Podobno, gdyby nie znajomości, nikt by o nich nie usłyszał. Podobno wypada ich nie lubić. Podobno, to obciach pisać proste piosenki. Podobno, to niemęskie śpiewać o uczuciach. Podobno nagrać drugą płytę jest cholernie trudno. Podobno polska muzyka jest w zapaści. Podobno nie ma już Francji. Viva la Kumka Olik!
ANNA GACEK |
|

XASTHUR
Portal Of Sorrow
Hydra Head |
Przez ostatnie 4 lata, Malefic wydał kilka miernych płyt i „Portal Of Sorrow” jest pierwszą wartą skomentowania pozycją od czasów „Subliminal Genocide”, którym to albumem zachwycała się nawet młodzież, dla której albumy Xiu Xiu to wiekopomne arcydzieła. Na tym najmniej blackmetalowym wydawnictwie Xasthura tylko bzyczące gitary i kocie, gardłowe krzyki (schowane głęboko w miksie) przypominają o korzeniach wspólnych z Venom. Dzięki gościnnemu udziałowi dark-folkowej divy Marissy Nadler, muzyka Malefica brzmi teraz trochę jak Cocteau Twins, smażone w starym, głębokim tłuszczu. Bez obaw wciąż jest smutno i depresyjnie, ale dzięki niebanalnym aranżom, Hammondowi i wyeliminowaniu klasycznych podziałów na zwrotki i refreny, „Portal Of Sorrow” mógłby konkurować o miejsce w panteonie z tajemniczymi, rytualnymi arcydziełami w rodzaju muzyki do „Lucifer’s Rising” Angera, autorstwa Bobby’ego Beausoleil.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|

THE DEAD WEATHER
Sea Of Cowards
Third Man Records |
Gorąca Alison i nieobliczalny despota Jack. Dwóch liderów, kiedyś koleżeńskiego projektu, teraz już regularnego zespołu. Ona odpowiada za seks, on za rock’n’roll. Jednego i drugiego tu nie brak. Czego więc żal? Pasji, wściekłości, zadziorności brudnego debiutu. Wtedy nie liczyły się etykiety i estetyki, grali tak, jak kazało serce. Po czym ukonstytuowali zespół, który ma grać tak, jak na „Horehound” grali The Dead Weather. I tu pojawia się problem White’a. Za pierwszym razem wszystko ekscytuje i kręci Raconteurs, Dead Weather. Później, jak na ostatnich albumach The White Stripes, zaczyna nużyć. Tradycyjne patenty grane na najlepszym sprzęcie w najwyśmienitszym towarzystwie, to pomysł na supergrupę, którą Dead Weather niewątpliwie są. Ale już nie na superpłytę.
ANNA GACEK |
|

BROKEN SOCIAL SCENE
Forgiveness Rock Record
Arts & Crafts |
Broken Social Scene nie przejmuje się panującymi modami i robi swoje. Nagrywa długą płytę w starym stylu, nawiązując do klasyki amerykańskiego indierocka. TEGO indierocka. Słychać tu Dinosaur Jr, Sonic Youth i Pavement. Są stadionowe wymiatacze, ale i delikatne ballady. Broken Social Scene to już instytucja kolektyw wybitnych muzyków, którzy sprawdzają się działając wspólnie, jak i wydając płyty solowe (patrz solówka Feist, czy brzmiące podobnie do BSS albumy Canninga i Drew). Tacy zawodnicy powinni tworzyć arcydzieła. Kiedyś im się to udawało. Teraz jest po prostu solidnie.
ANTEK REGULSKI |
|

MANSUN
Attack Of The Grey Lantern (Collectors Edition)
EMI |
Rok 1997. Czasy, kiedy Radiohead nie byli jeszcze największym zespołem świata, którego Damon Albarn nie miał potrzeby zbawiać. Angielska muzyka jeszcze się liczyła i była naprawdę dobra. Teoretycznie, brit pop był już tylko wspomnieniem, za chwilę Pulp mieli go dorżnąć swoim wspaniałym „This Is Hardcore”. A jednak, wciąż ukazywały się tak świetne płyty, jak natchniony debiut Mansun. Dziś, trzypłytowa reedycja przywołuje naiwne wspomnienia eksperymentalno-progresywnego, nieco pretensjonalnego, ale urokliwego melodyjnego grania. To wydawnictwo z gatunku dla snobów. Wtedy wypadało Mansun słuchać, dziś wypada ich mieć.
ANNA GACEK |
|

RADIO DEPT
Clinging To A Scheme
Labrador Sweden |
Radio Dept. nie rozpieszczają swoich fanów. Choć istnieją od ponad 13 lat, wydali zaledwie 3 albumy i trochę EPek. Kiedyś kojarzono ich ze sceną shoegaze-dream popową i choć wśród inspiracji wymieniają My Bloody Valentine, Pet Shop Boys czy Ride, obecnie najbliżej im do mistrzów eleganckiego popu Saint Etienne. Ta płyta jest najłatwiejszym w odbiorze dziełem w ich dorobku. Szwedzi z Malmö wciąż są rozmarzeni i romantyczni, ale tym razem zwracają się ku ciepłym brzmieniom balearic i czystemu popowi, a do tego robią to w świetnym stylu. Klasa.
ANTEK REGULSKI |
|

LISA HANNIGAN
Sea Sew
Hoop Recordings |
Co jest bardziej emocjonujące: wyczekiwanie na solową płytę irlandzkiej pop-folkowej piosenkarki, która wydała nie najgorszy folkowy album w duecie z Damienem Ricem, czy jej słuchanie? Osobiście wybieram to pierwsze. Dlatego, że „Sea Sew” w całej masie produkcji nagrywanych przez solistów-gitarzystów z kame-ralnym akompaniamentem jest niezobowiązującą, niepozbawioną intymności, porządnie wyprodukowaną i zaaranżowaną pop-folkową, choć niestety zupełnie przezroczystą i pozbawioną „tego czegoś”, taką sobie płytą, o której można powiedzieć to samo, co o 60-paroletnim sąsiedzie, podlewającym pelargonie na klatce schodowej: sympatyczny, miły starszy pan.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|

FLYING LOTUS
Cosmogramma
Warp |
Najbardziej nieprzystępna w odbiorze płyta, która była recenzowana w polskich mainstreamowych mediach, to nie ostatnie limitowane edycje Stockhausena czy Behemoth, tylko album 27-letniego prawnuka Alice Coltrane, uzdolnionego producenta z LA. Zawiła niczym wątki w „Poszukiwaniu straconego czasu”, „Cosmogramma”, zbiera zasłużone laury. To równolegle album, który nigdy nie zabrzmi w polskim radiu o godziwej porze, ani też na żadnej domówce, ponieważ wszystkich waszych znajomych trafiłby szlag. Gazety piszą więc o nim ze snobizmu. Wątpliwe bowiem jest, by osoby, które edukują się muzycznie, czytając w tygodnikach skróconą historię Metallici, puściły sobie w domu płytę wypełnioną utworami o niepoliczalnym metrum i bipiemach zmieniających wartości co 7 sekund. Cóż, lektury obowiązkowe zawsze ciężko wchodziły i zwykle docenialiśmy je 20 lat później.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|

MASTURBATOR
Czy jest tu piekło?
Fonografika |
Skoro spełniają się marzenia o własnym M-4 gospodarzy, budujących domy w systemie gospodarczym, musiało się spełnić marzenie zespołu z Konina o nagraniu pierwszej dużej płyty. „Czy jest tu piekło" cieszy, podobnie jak udana samowola budowlana z pianobetonu i te dwa akty twórcze mają ze sobą wiele wspólnego. Nie ma co wchodzić w szczegóły ten poprawny death thrash nie zrewolucjonizuje świata. Jest wręcz naiwno-pokraczny, co zrazi pewno osoby o ortodoksyjnym podejściu do tematu. Nie o to chodzi. Istotne jest, że ziarno zasiane przez upadłego anioła, kiełkuje na obszarach peryferyjnych, gdzie jeszcze do niedawna odstrzeliwano długowłosych osobników jak bezpańskie psy. I tylko to się liczy.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|
|
 |
THE NATIONAL
High Violet
4AD
|
Obrączka potrafi uwierać. Panowie z National właśnie swoją zdjęli. Zdrada alternatywnych ideałów, zrzucenie ciężkiego płaszcza z ramion, „you name it, they did it”. Pieścili się z tą płytą, patrząc w studiu na przyklejone do ściany słowo „szczęście”. Zachęceni przez Michaela Stipe’a napisali popowe piosenki. Tak nie postępują niszowcy. I z tą etykietą się na „High Violet” żegnają. Nowe dźwięki są tak piękne i przystępne, że swą lekkością równoważą cały ciężar gatunkowy, jaki od pięciu płyt konsekwentnie niosą The National. Potężne aranżacje (zaprosili ponad dwadzieścia osób), monumentalne momenty, poruszające teksty i podniosły głos, to budzi uzasadnione podejrzenia o patetyczne przegięcie, którego jednak jakimś cudem uniknęli. To nie jedyna magia na tym albumie. Choć dorosłość i dojrzałość nie jest w cenie, tutaj wydaje się wręcz atrakcyjna. Choć smutek płynie tu alkoholowym strumieniem, nie jest to żałosna płyta dla przegranych. Może dlatego, że stworzyli ją mistrzowie. Od tej płyty, już równi w amerykańskiej alternatywie Arcade Fire. I właściwie tylko obawa przed tym, że potrafią nagrać coś jeszcze lepszego, coś, dla czego zarezerwowane są najwyższe noty, powstrzymuje mnie przed przyznaniem „High Violet” dziesiątki.
ANNA GACEK |
|

PETER VAN HOESEN
Entropic City
Time To Express |
Belgijczycy słyną z czekolady, pasztetów i leżakującego piwa, ale nie z EP-ek kolesia, który ma nazwisko brzmiące jak marka kakao. „Entropic City” streszcza ponad pół tuzina dwunastek z abstrakcyjnym dub techno techno (z naciskiem na techno), wydanych w ostatnich latach. Idealny balans pomiędzy słodyczą, ciepłem i wytrawną goryczką. Gęsty brąz, który wycieka między palcami prosto na kolana.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|

OMAR SOULEYMAN
Jazeera Nights
Sublime Frequencies |
Poza moim ojcem, Syryjczyk Omar Souleyman jest prawdopodobnie jedynym mężczyzną z wąsami, którego szanuję. Ten album jest trzecim wydanym na tzw. Zachodzie. Łowcy białych kruków mogą na bazarze w Damaszku pytać o kasety z transową i psychodeliczną muzyką z gatunku dabke Omar wydał ich lokalnie dziesiątki. Ten arabski disco-turbo-folk, grany w tempach, który nie wywołują epilepsji tylko u nastolatków delektujących się happy hardcore, grany jest na siedem razy większej kurwie, niż jego bałkański odpowiednik. Słuchając Jazeera Nights można ćpać do nieprzytomności albo pogować do nieprzytomności. A najlepiej jedno i drugie.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|

LOCAL NATIVES
Gorilla Manor
French Kiss |
Dlaczego druga płyta Yeasayera nie mogła tak brzmieć? Gdzieś na łące z tym na iPodzie. Oj, tak. Będzie Cudownie.
MICHAŁ TORZECKI |
|

CRYSTAL CASTLES
Crystal Castles
Motown/Universal |
Rozumiem, że znowu nie macie pomysłu na tytuł płyty (albo może jesteście za fajni na tytuły) i że macie w dupie to, że strasznie komplikujecie nam życie. Ale serio, jeżeli dalej chcecie być wiarygodni jako ci mroczni „artsy” dziwacy, to pamiętajcie, że kluczowy element w sztuce to, uwaga... KREATYWNOŚĆ! Wow, w szoku. Niby oczywiste, ale ta płyta słabo to ogarnia. Ok., kawałki są bardziej rozbudowane i brzmią produkcyjnie lepiej niż na poprzedniej, ale czy to dobrze? Dla mnie, cała moc CC leżała w ich surowości i prostym „pierdolnięciu”. 2010 już nie ma tego powera ani tych emocji. Parę dobrych singli jest, ale ogólnie zzzzzz...
MICHAŁ TORZECKI |
|

RANGERS
Suburban Tours
Olde English Spelling Bee |
Rangers: przeoczą ich wszyscy, którzy zatrzymają się na Arielu Pinku. A szkoda, bo czekają ich niezapomniane wrażenia: kołdra szumów i brudów, i echa uszkodzonych popowych melodii, zarejestrowanych przez stetoskop. Słuchanie „Suburban Tours” jest jak przebywanie w motelowym pokoju, w czarno-białym filmie po zaniku pamięci, z kobietą, która wygląda, jak Lauren Bacall, i której ktoś rozmazał makijaż spoconą dłonią.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|

TRIPTYKON
Eparistera Daimones
Century Media |
Gdybym nie słuchał w dzieciństwie Celtic Frost, tylko chodził na religię z kolegami, byłbym dziś kimś, komu pewno sam nie podałbym ręki. Na szczęście, gdy miałem 12 lat, T.G. Warrior odsłonił przede mną świat H.R. Gigera, Hieronimusa Boscha, new wave, progresywnego black metalu i wagnerowskich bachanaliów. Chwilami dochodzę do wniosku, że zawdzięczam mu więcej niż rodzicom. Zmierzenie się z nową płytą nowego zespołu lidera CF jest dla mnie tym bardziej bolesne. To rozczarowanie z kategorii tych, w których uświadamiacie sobie, że pijany gość w zasikanych dżinsach, który leży zarzygany pod klatką schodową jest tym samym typem, który przynosił wam prezenty w wigilię. Tu mamy sprawnie zagrany, ale nudny i wymuszony nu / doom metal bez krztyny inwencji, utwory, które nie chcą się skończyć, i ten wstrętny niemiecki akcent. Nie, to nieprawda. To musi być jakiś zły sen.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|

COCOROSIE
Grey Oceans
Sub Pop |
Artystyczny emo-pop grany przez CocoRosie musiał sięgnąć dna, byście skumali wreszcie, czym był od początku: nudną, przewidywalną bajeczką dla tych, którzy co niedzielę odkurzają półkę z „Małym księciem” i wmawiają sobie, że dorosłość to największe przekleństwo, jakie ich spotkało.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|

KAREN ELSON
The Ghost Who Walks
Third Man Records |
Na wybiegu i okładkach „Vogue”, to ona jest gwiazdą. Ale w muzyce jest tylko żoną swojego męża. Karen Elson, oficjalnie White, nie jest rozkapryszoną pięknością, która z nudów wydała w wytwórni męża debiutancką płytę. Ma za sobą wieloletnią kabaretową nowojorską karierę, może nawet bardziej performerską, niż wokalną. Dziś, matka dwójki dzieci, rezydentka spokojnego Nashville, jest inną osobą. Wciąż zakręconą na punkcie staroświeckiej estetyki i staromodnych rozwiązań, wciąż zafascynowaną mrocznymi, nieco gotyckimi stylizacjami. To opowieści snute ciepłym głosem do tradycyjnej amerykańskiej muzyki, ubarwione wodewilowymi wycieczkami w sceniczną przeszłość panny Elson. Ta płyta właściwie nie ma metryki. Niestety, nie ma też blasku.
ANNA GACEK |
|

LCD SOUNDSYSTEM
This Is Happening
DFA/Virgin |
Jeżeli nigdy nie słyszeliście „Sound of Silver”, to traktujcie tę piątję jako szóstkę, a nawet jako . Bez jaj, nowy (niby ostatni) album jest dopracowany i da się słuchać. ALE poprzednia płyta LCD była tak dobra, że trudno będzie Murphy’emu kiedykolwiek znowu zrobić na nas takie wrażenie. Szczególnie, kiedy do tego jeszcze śpiewa, jakby mu na tym nie zależało. Już nie nudź tak James, bo robisz się nudny. Jeżeli jesteś taki alternatywny, to czemu „Pow Pow” brzmi jak totalna ksero-kopia twojego klasyka „Losing My Edge”? Czy to nie on stworzył te wszystkie irytujące problemy ze sławą i popularnością?
MICHAŁ TORZECKI |
|

RUFUS WAINWRIGHT
All Days Are Nights: Songs For Lulu
Universal |
Dotąd nieprzekonani do jego głosu, estetyki, artystycznego popieprzenia, po przesłuchaniu tej płyty zdania nie zmienią. Na swoim najbardziej minimalistycznym albumie Rufus jest sentymentalny, introwertyczny, monotonny i nudny. Tylko jego żarliwy głos wybitnego interpretatora i fortepian. Jak za dawnych dobrych czasów, które tutaj żegna. Wraz ze śmiercią mamy odchodzi bezpieczny świat, przychodzi świadomość, przed którą Wainwright akurat nigdy nie uciekał. To mądry ekshibicjonizm, ubrany momentami w zjawiskowej urody dźwięki. Przepiękne emo dla pokręconych wrażliwców.
ANNA GACEK |
|

FUTURE ISLANDS
In Evening Air
Thrill Jockey |
Jeśli nikt z was nie słyszał o Future Islands, to tylko dlatego, że swój debiut, Amerykanie z Greenville w stanie New York wydali dla niezaleznej mikrowytwórni. Ich druga płyta, przynosi wrażliwy synth pop z gitarą w tle, lokujący się gdzieś w okolicach Casiotone For The Painfully Alone, tyle że z wokalami zdartymi od picia płynu do czyszczenia felg. Future Islands faktycznie brzmi jak zalany w trupa Tom Waits, któremu ktoś zamiast fortepianu podłożył Casio. To karkołomne zderzenie estetyk owocuje zupełnie udanymi piosenkami, które wcale nie mają w sobie aż tyle emo emocji, by skasować je z dysku zaraz po drugim utworze. Może dlatego, że podkłady są hipnotyczne, trochę zepsute i w sumie równie zniszczone, co struny głosowe wokalisty? Nikt nie bawi się tu w barokowy sentymentalizm i brzdąkanie w struny gitary akustycznej. To smutek z płyt New Order (posłuchajcie „Vireo's Eye”!), Nicka Cave'a czy to dla tych, którzy urodzili się po 1995 roku Interpolu. Czuć za to zmęczenie życiem normalna rzecz u ludzi po dwudziestce, którzy wyglądają jak ludzie po trzydziestce, zachowują się jak ludzie po czterdziestce a czują się, jakby byli już po pięćdziesiątce.
KAMIL ANTOSIEWICZ |
|
|